U cioci na imieninach, czyli redaktorska dyskusja polska o imigrantach

Gdy czytam połajanki redaktorów Lisa, Kraśki i Kurskiego, skierowane do przeciwników niepohamowanej imigracji, to zastanawiam się, kto tu naprawdę przekracza granicę wstydu. Ludzie, którzy niepokojem reagują na zjawiska dzisiejszego świata, może nie do końca je rozumiejąc, działając instynktownie - czy dziennikarze, którzy zrezygnowali z dochodzenia do istoty zjawisk na rzecz taniego epatowania tragedią?

To, o czym piszą wyżej wspomniani i cała czereda pomniejszych, jest skutkiem braku argumentów. Ci ludzie nie dyskutują w ogóle o negatywnych zjawiskach, jakie niesie ze sobą imigracja z krajów muzułmańskich, a których zachodnia Europa doświadcza od dawna na co dzień. O wzroście przestępczości, o zagrożeniu terroryzmem, o obciążeniu budżetów na lata poprzez tworzeń lumpenproletariatu. Czy ofiary wzrastającej przestępczości w strefach wykluczenia, czy 1400 zgwałconych, zmuszonych do prostytucji dzieci z Rotterham, czy ofiary zamachów terrorystycznych, to niewystarczające symbole, by poruszyć serca redaktorów?



To są „koszty” imigracji? „Koszty” ratowania innych?

Oczywiście, terroryści, gwałciciele to jakaś mniejszość, z powodu której nie można piętnować całej reszty. Ci, którzy są imigrantami ekonomicznymi, stanowią już obecnie większość całej fali. Zdecydowanie łatwiej przychodzi napominanie, by nie kreować negatywnego obrazu imigrantów niż znalezienie właściwych narzędzi wyboru i postępowania z uchodźcami. Te kierunki działania zapowiadał w maju szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Mówił, że nie można cynicznie twierdzić, że bierzemy wszystkich, bo wiemy, że to się nie uda. Twierdził, że wcześniej musimy ustalić kryteria selekcji, procedury deportacji i procedury powrotu po zakończeniu okresu ochrony azylanckiej. I co? I nic. W Niemczech w roku 2014 na deportację oczekiwało 150 tys. osób, a deportowano ponad 10 tysięcy z nich.

Mieliśmy zatapiać łodzie przemytników i co? I nic. Czekamy na decyzję Rady Bezpieczeństwa ONZ, która ma wydać zgodę imperium „sui generis”, żeby broniło swoich granic. Tymczasem nasza dyskusja jest płytka. Zamyka się w "ile wziąć i komu dać?".

Pomagajmy, ale nie w czystkach etnicznych

Dobrze jednak, uznajmy, że w obliczu rozgrywającej się tragedii jedynym liczącym się argumentem jest to, że ludziom w takiej sytuacji należy pomagać. Tu inaczej odpowiedzieć nie można. Nie analizujmy skutków gospodarczych, nie analizujmy skutków dla bezpieczeństwa, pomagajmy.

Jednakże, trzeba chociaż odpowiedzieć: jak? Uleganie szantażowi Niemiec, presji Komisji Europejskiej i dyskusja "ile i komu", to nie są rozwiązania problemów. Więcej, to nie jest żadna pomoc skierowana do biednych uchodźców, lecz pomoc skierowana do bogatych Niemiec.
Pomoc humanitarna to temat skomplikowany i opisy działań „karawany pomocy humanitarnej” w Afryce powinny wystarczyć za przestrogę, żeby nie okazało się - jak w przypadku Rwandy – że pomoc ta trafiła w ręce niedawnych morderców z plemienia Hutu, którzy uciekali przed czekającą ich sprawiedliwością.

Trzeba dobrze się zastanowić, w czym biorą udział wymienieni wyżej redaktorzy. Czy swoimi namowami do sprowadzania do Europy uchodźców nie przyczyniają się przypadkiem do czystki etnicznej w północnej Syrii, którą chce przeprowadzić Turcja, „pomagając” imigrantom z obozów uchodźców wyjechać do Europy?

Pół miliona Kurdów mniej, będzie Turcji lżej.

Ślepota z wyboru

Ślepym trzeba też być, żeby nie dostrzec, iż imigracja ta nie jest zjawiskiem krótkotrwałym, że przyjęcie miliona osób w UE i rozparcelowanie ich po różnych krajach załatwi problem. Europa nie jest z gumy, a problemy Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej i Subsaharyjskiej będą narastały wraz z dynamicznie rosnącą populacją – miliard więcej do 2050 roku.

Ślepym być też trzeba nie widząc, że ludzie tym chętniej podejmują ryzyko niebezpiecznej podróży, im bardziej Unia Europejska się otwiera na przyjmowanie uchodźców. Im łatwiej mówimy "tak", tym więcej pieniędzy wpada w kieszenie gangów kryminalnych, organizacji terrorystycznych i tym bardziej stać je na napędzanie procederu przerzucania ludzi.

A skoro wyprawa kosztuje najmarniej 3 000 euro, to kto odrzuci obroty roczne w wysokości 300 mln euro od stu tysięcy chętnych? A od miliona chętnych, bo o takich liczbach tu mówimy, byłoby to 3 mld euro. Dokładnie tyle, ile brakuje ONZ-owi na utrzymanie 4,5 mln uchodźców syryjskich poza granicami Syrii.

Ślepym trzeba być też albo odwracać wzrok od statystyk i nie zobaczyć, że imigracja z Syrii to góra 1/3 - jak podaje Frontex - całej fali, a więc domyślne zakładanie statusu uchodźcy wobec każdego migranta jest manipulacją. Znacząca większość, według danych Eurostatu opublikowanych przez "Foreign Policy", to mieszkańcy Kosowa, wolnego kraju, który to status nie tak dawno „przyznała” im wspólnota międzynarodowa z ogromną pomocą Zachodu.

Potwierdza się to w Niemczech: liczba wniosków o azyl złożonych w pierwszym kwartale 2015 w ponad połowie dotyczyła mieszkańców Bałkanów. Mamy więc do czynienia przede wszystkim z falą imigracji ekonomicznej, którą media podczepiają pod syryjski kryzys.

Można też spojrzeć na podaną przez "Foreign Policy" strukturę wiekową i płciową imigracji. Okaże się, że znacząca większość to młodzi mężczyźni. Co to oznacza? Że mówimy nie o 2000, czy 10 000, czy 40 000 - jak już tego życzą sobie redaktorzy. Trzeba te liczby, ze względu na prawo o łączeniu rodzin uchodźców, pomnożyć przez 3, 4, a może i przez 5.

Trzeba być też ślepym, żeby nie zauważyć, kto przyczynił się do tragedii w Syrii. Publikować wywiady katarskiej telewizji Al Jazeera z dziećmi - uchodźcami i nie poddawać w wątpliwość przekazu stacji zależnej od rządu Kataru, który „zainwestował” w pierwszych dwóch latach kryzysu syryjskiego 3 mld USD w wyszkolenie i uzbrojenie sunnickich rebeliantów, z których teraz rekrutuje się Państwo Islamskie, Front Al Nursa i inni.

Trzeba być ślepym, żeby publikować zdjęcia utopionego dziecka i słowa prezydenta Turcji Erdogana o moralnej odpowiedzialności Europy, bez podania informacji, że dziecko to pochodziło z Kobane, niszczonego przez Państwo Islamskie przy milczącym przyzwoleniu Turcji, a spora część Syrii mogłaby być bezpieczna, gdyby Turcja nie hamowała pomocy dla Kurdów.

Nie bez winy jest też rząd Stanów Zjednoczonych. To niezdecydowanie ogłaszanie nieprzekraczalnych czerwonych linii, które bez konsekwencji można przekraczać przez laureata pokojowej Nagrody Nobla Barracka Obamy oraz finansowanie sunnickich bojowników. I nie bez winy jest też najbogatszy kraj Zatoki - Arabia Saudyjska, której wsparcie militarne dla sunnickich bojówkarzy i terrorystów przekracza grubo jej wsparcie humanitarne dla uchodźców.

To, że portal Tomasza Lisa publikuje informacje, na które my pierwsi (portal Euroislam.pl) zwracaliśmy uwagę - że bogate kraje Zatoki nie spieszą z pomocą pobratymcom, z konkluzją, że Europa jest fajniejsza- to zupełne niezrozumienie tego co zachodzi w tamtym rejonie.

Dalej niż dyskusja o tym komu i ile?

Dopiero po analizie takich nagich liczb i faktów możemy się zastanowić, jak pomóc nie tylko tym, którzy już ruszyli w drogę, ale też znacznej większości tych, którzy tam zostali! W obozach w Turcji, Libanie, Jordanii, Iraku, czy jako uchodźcy wewnątrz Syrii, którzy także opuścili swoje domostwa. Zastanowić się, a nie, jak na targowisku, targować się "komu i ile".

Najtrudniej jest mentalnie zaakceptować to, że dla ograniczenia imigracji trzeba usunąć z niej zysk. Dlatego obozy dla uchodźców należałoby lokować poza Unią Europejską; na wzór australijski płacić za utrzymanie obozów rządowi danego kraju i tam przeprowadzać procedury azylowe. Możliwe, że odpadnie wtedy spora część imigracji ekonomicznej, która dzisiaj korzysta z niewydolności niemieckiego systemu i nawet po odmowie azylu przebywa dalej na terytorium UE.

Konieczne będzie także wzmocnienie granic i zwiększone wydatki na walkę z przemytem ludzi. W innym wypadku rzeka tych, którzy będą liczyć na szczęście, nie wyschnie.

Nie wyschnie także, dopóki będą trwać konflikty w ich krajach. Tutaj Unia powinna naciskać na jak najszybsze wygaszenie konfliktu i powstanie bezpiecznych enklaw w Syrii. Przykładem takiej enklawy jest kurdyjska Rojawa, która powoli odbudowuje się ze zniszczeń, jak donosi Witold Repetowicz, częsty gość w tamtym rejonie. Tamtejsi Kurdowie wsparci przez lotnictwo NATO i dostawy ciężkiego sprzętu mogliby skutecznie odbijać regiony z rąk islamskich fanatyków. Zresztą i oni sami deklarują, że będą przyjmować uchodźców, a także włączać ich do oddziałów, które pomogą odzyskać bezpieczeństwo tego kraju. Nie jest to w smak Turcji, ale powinniśmy skuteczniej nacisnąć na naszego „sojusznika” w NATO, żeby zaprzestał czegoś, co można nazwać etniczną czystką Kurdów w północnej Syrii.

Wreszcie - ta pomoc, która ma iść na utrzymanie imigrantów i uchodźców na terenie Unii Europejskiej, powinna poza Rojawą trafić do Libanu, Turcji, Jordanii, Iraku, gdzie mieszczą się obozy dla uchodźców. Za te same pieniądze jesteśmy w stanie pomagać kilkakrotnie, a być może dziesięciokrotnie większej liczbie osób, niż tu, w Europie.

Jest w tym oczywiście pewien ból dla rządów państw europejskich, że te pieniądze nie wrócą do naszej gospodarki tak jak pieniądze wydane u nas na miejscu. Stąd pytanie - czy zajmujemy się pomocą humanitarną, czy stymulowaniem własnej gospodarki poprzez wypuszczanie pieniądza na rynek przez agencje dla uchodźców, hotele i cały okołohumanitarny biznes w krajach przyjmujących?

Poza tym, nie muszą to być przecież tylko pieniądze unijne. Warto użyć wszelkich politycznych środków, żeby zmusić państwa arabskie do zapłacenia za bałagan, który powstał za ich przyczyną. Katar, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, finansowały rebelię w Syrii, szkoliły bojówkarzy, dostarczały broń. Nie inaczej Stany Zjednoczone. To dzięki ich pieniądzom wyszkoleni żołnierze i broń trafili ostatecznie do islamskich dżihadystów. To przez takie działania utonął trzyletni chłopiec i to oni powinni za to płacić.

Tylko te działania łącznie mogą zapobiec masowej imigracji. Jeżeli nie będziemy w stanie nic zrobić tam, skąd przybywają imigranci, imigracja nie ustanie - nawet gdybyśmy zabezpieczyli granice. Jeżeli nie będziemy w stanie ograniczyć możliwości imigracji, to ona także nie ustanie, ponieważ Niemcy i tak będą bardziej atrakcyjne, niż życie w jakimś biednym kraju.

To nie muszą być doskonałe rozwiązania. To nie są na pewno proste rozwiązania. Tylko wolałbym, żeby szanowni redaktorzy nawet bez litości je krytykowali, ale rozmawiali o tym problemie w szerszym kontekście, a nie, jak stara ciotka, wygrażali palcem, że to wstyd, że to nieprzyzwoicie.
Trwa ładowanie komentarzy...